Jesteś tutaj

Wędrówka ze słowem pod ramię. Rozmowa z ilustratorką Joną Jung

/
Data wydarzenia: 
25.05.2020

Wędrówka ze słowem pod ramię. Rozmowa z ilustratorką Joną Jung

Brakuje Wam kontaktu z ilustracją i warsztatów rysunkowych w Bibliotece Oliwskiej? Jest na to sposób! Czytajcie wywiady, które Mateusz Pudlis - pracownik naszej biblioteki, przeprowadził z trójmiejskimi ilustratorami. Dowiecie się jak zaczynali, co ich kręci i co w ilustracji jest najważniejsze. Dorośli nie będą się nudzić, a na dzieci czekają niespodzianki!

rysuje_sie_slider (1).png

 

Wędrówka ze słowem pod ramię

rozmowa z ilustratorką Joną Jung

 

Jaka była Pani droga twórcza?

Przypadkowa i nieprzypadkowa.

Nie marzyła Pani o zostaniu ilustratorką?

Nie robiłam świadomie takich planów. Skończyłam malarstwo, ale nie interesowały mnie poszukiwania w obrębie samej formy. Od zawsze próbowałam formą wyrażać jakąś treść. Ważniejsze niż „jak” było dla mnie „o czym”, więc taki azymut miałam od początku chyba wyznaczony.

W którymś momencie jednak, zaczęła Pani ilustrować.

Na boku robiłam sobie obrazki ilustracyjne, książeczki dla przyjaciół. Takie hobby. Nie pamiętam co mnie podkusiło, żeby zrobić projekt na konkurs Pro Bolonia w 2004 roku. Na pewno nie było to jakieś świadome dążenie. Niespodziewanie otrzymałam wyróżnienie i na skutek tego dostałam pierwsze propozycje ilustrowania „prawdziwych” książek. Dość długo traktowałam to jak niespodziewaną przygodę i coś tymczasowego. Więc w pewnym sensie to był przypadek.

Ale, że nic nie dzieje się przypadkiem…

Dziś wiem jakie znaczenie książki miały w moim życiu. Czuję, że próba nadania kształtu – słowem i obrazem   myśli ludzkiej, emocjom i przeżyciom, temu wszystkiemu co zbiorowe i indywidualne jednocześnie, to dla mnie jedna z najbardziej pasjonujących rzeczy. Przynajmniej spośród tych mi dostępnych. Nie mogę być fizykiem kwantowym, co też wydaje mi się bardzo fascynujące.

Co jeszcze Panią fascynuje i inspiruje do działań twórczych?

Oj... Wszystko! Bo wszystko jest wszystkim, jak mawiają moi synowie. Nie rozmawiałam o tym z innymi ilustratorami, ale przypuszczam, że wszyscy tak mamy. Taki rodzaj skanera, który cały czas skanuje wszystko co spotykamy, i który działa jak np. system rozpoznawania twarzy. Tylko ten system jest bardziej złożony, poszukuje tego, co mnie ciekawi, porusza, na różne sposoby. I jak „to” znajdzie, to skanuje i gdzieś we mnie składuje. Nie mam świadomego dostępu do tego archiwum, ale jest ono częścią mnie, więc instynktownie mogę do niego sięgać.

Jak wygląda Pani styl pracy?

Jak na huśtawce. Do góry i w dół, i tak na przemian. Czasem trzeba też poleżeć trochę na dnie. A fizycznie – codziennie na szychcie, do zdrętwienia tylnej części.

A kto jest Pani najważniejszym opiniodawcą i ocenia efekty Pani pracy?

Ten drań mój wewnętrzny krytyk. Wciąż nie mogę się wyrwać spod jego wpływu.

Jak wyglądał Pani kontakt z ilustracją kiedy była Pani dzieckiem?

Zupełnie inaczej odbierałam ilustracje jako dziecko i zupełnie inaczej odbieram teraz. Jako dziecko pamiętam, że reagowałam na nastrój, pewien klimat, który w połączeniu z treścią stwarzał świat danej książki. Wtedy nie było książek obrazkowych, więc obraz szedł w parze ze słowem, jego rytmem i charakterem. W każdym razie tak to mam sklejone w pamięci. Trudno mi oddzielić we wspomnieniach same ilustracje, bo to była dla mnie niepodzielna całość. Na zawsze mam wytatuowane w pamięci ilustracje z Muminków. Ich świat był dla mnie ważny, a przez to czułam, że jest mój. Nie mam pojęcia, czy zapamiętałabym same ilustracje, gdyby nie towarzyszyła im ta wspaniała treść.

A teraz?

A nowi autorzy pojawiają się cały czas. Można by nic innego nie robić tylko oglądać ich ilustracje. Przerażające mnóstwo wspaniałych rzeczy!

W Pani pracy, najważniejsze jest…

Najważniejsze jest dać radę, nie ulec przekonaniu, że to co robię nadaje się tylko na śmietnik i oddać pracę w terminie. Poza tym, ważne jest, żeby ilustracja funkcjonowała w kontakcie z tekstem. Żeby nie była tylko „zobrazowaniem” tego, co jest opisane, ale współtworzyła świat, w który wchodzimy biorąc książkę do ręki. Żeby wędrowała ze słowem pod ramię.

Tego oczekuje Pani od siebie jako ilustratorki?

Od dłuższego czasu moim podstawowym pragnieniem jest wykorzystanie wszystkiego, co już mam. Tego, co dostałam w darze, i tego, czego się nauczyłam ­– najlepiej jak umiem. I chciałabym móc uczyć się dalej, bo ta praca to fascynująca podróż i bardzo chciałabym dowiedzieć się dokąd mnie zaprowadzi.

Dlaczego wybrała Pani akurat ilustrowanie dla dzieci?

Chyba dlatego, że moje tzw. „wewnętrzne dziecko” uwielbia zanurzać się w opowieści z obrazkami.

Ilustracja dla dzieci różni się od tej kierowanej do dorosłych?

Nie ilustrowałam niczego dla dorosłych, więc nie mam doświadczenia. Ale powiedziałabym, że nie powinna się różnić niczym szczególnym. To zresztą chyba temat na poważną, długą debatę. Oczywiście istnieje nieformalna cenzura książek dla dzieci, zarówno w stosunku do treści jak obrazu i tak zwany „rynek” preferuje, żeby było ładnie, kolorowo i miło, i ten rynek kształtuje gusta i tworzy podziały na dziecięce albo niedziecięce. Ale kiedy odłożymy rynek na bok, to wyobrażam sobie, że dobra ilustracja to jest po prostu dobra ilustracja i jest ponad takimi podziałami. Oddziałuje równie silnie na dorosłych jak i na dzieci, choć zapewne inaczej. Myślę tu np. o książkach Iwony Chmielewskiej, książkach Gro Dahle’a i Sveina Nyhusa, o  Shaun Tanie. Te książki są dla wszystkich.

W jaki sposób dzieci przeżywają dziś ilustracje?

Słyszy się zewsząd, że dziś dzieci mają trudności z koncentracją… Nie wiem, bo moje dzieci dorosły, a ostatnio zrezygnowałam ze spotkań i warsztatów – kosztują mnie za dużo energii. Ale kiedy myślę o moich rówieśnikach z dzieciństwa, to tylko niewielka część z nich była zainteresowana książkami. Mam koleżankę, która wychowywała się na tzw. prowincji i była wyśmiewana i szykanowana z powodu swojej czytelniczej pasji. Mój ojciec zachęcał mnie do czytania książek, a zanim nauczyłam się czytać, dawał do oglądania albumy z reprodukcjami malarstwa i rzeźby. Był rzeźbiarzem i to pewnie było pod ręką. Myślę, że otwartość i chęć kontaktu z książką i ilustracją wynosimy z domu. Sposób przeżywania się nie zmienił, tylko inne znaczenia mu dziś nadajemy.

Ma Pani jakieś szczególne marzenie związane z ilustracją?

Moim marzeniem jest, żeby praca ilustratora pozwalała na godne życie i utrzymanie. Żeby przestała być postrzegana jako milutkie, fajne zajęcie dla zabawy i przyjemności.

„Kultura ma wartość nie tylko wtedy, gdy dostaje nominacje i nagrody” - pisała Pani na swoim profilu facebookowym.

To był postulat, o świat, w którym kultura ma wartość zawsze – czyli jest też odpowiednio wynagradzana, a twórcy tej kultury, którą się tak chlubimy, gdy zbiera laury szczególnie na forum międzynarodowym, na co dzień nie muszą się martwić o przetrwanie. Poza nielicznymi wyjątkami praca w kulturze wiąże się dziś w Polsce z ogromnym obciążeniem i najniższym wynagrodzeniem. Mówię tu o pracownikach instytucji kultury, także bibliotek. Twórcy mają jeszcze gorzej, bo pracują bez żadnych zabezpieczeń socjalnych, bez możliwości skorzystania z dopasowanej do specyfiki zawodu formy ubezpieczenia emerytalnego i zdrowotnego. Niezręcznie jest o tym mówić, jakoś nie wypada, bo przecież zajmujemy się „wyższymi” sprawami, pracujemy dla sztuki, no i przecież nasza praca, to pasja. Na dodatek indywidualistyczna neoliberalna narracja nauczyła nas myśleć, że sukces finansowy zależy tylko od nas samych, więc kiedy za mało zarabiamy to jest to tylko naszą winą. Mówienie o tym to wstyd i przyznanie się do osobistej porażki. A tymczasem to wielka porażka systemu. Otrzymałyśmy wraz z Roksaną Jędrzejewską-Wróbel nagrodę za Pracownię Aurory  w momencie, w którym sytuacja, która zawsze była trudna, stała się jeszcze trudniejsza.

Stąd potrzeba komentarza i puszczenia w eter pytania jaką w tym systemie kultura ma wartość?

Na ogół kultura nie operuje i nie powinna operować pojęciami wzrostu, przychodu i rynkowej konkurencji. Powinna zajmować się sprawami nieprzeliczalnymi na pieniądze. Jednocześnie twórcy kultury wykonują pracę inną niż praca nastawiona na bezpośredni zysk.

Jaką wartość w tym kontekście mają dla Pani otrzymywane nagrody?

Nagrody są wspaniałe i każda niezwykle mnie cieszy. Wpływają na poprawę nastroju, przeciwdziałają zniechęceniu, dodają energii a czasem nawet dofinansowują. Moim zdaniem każdy powinien dostawać jakąś nagrodę raz do roku obligatoryjnie.

Kiedy już rozmawiamy o nagrodach, warto wspomnieć o pozycji uwielbianej przez dzieci i wielokrotnie docenionej przez krytyków. Jak się Pani pracowało przy ekranizacji Pamiętników Florki? Postaci to Pani projekty, ale w animacji żyły własnym życiem.

To było pierwsze tego rodzaju, zupełnie nowe wyzwanie, więc na początku był przede wszystkim stres i dużo nauki. Ale chyba okazało się, że nadaję się do tej pracy. Mam smykałkę do majsterkowania, która tu się przydała. Łączenie różnych umiejętności dawało mi dużo satysfakcji. To też zupełnie inna praca niż przy ilustrowaniu i projektowaniu książek, gdzie pracuję sama i odpowiadam za wszystko do końca. Nad filmem pracował duży zespół, a ja nie miałam kontroli nad tym jak mój materiał będzie wykorzystany i w jaki sposób użyty. Na różnych etapach przeżywałam różne emocje. Była to lekcja pokory, ale też bardzo ciekawe doświadczenie.

Będzie je Pani chciała powtórzyć jeśli nadarzy się ku temu okazja?

Mam nadzieję, że będę miała szansę je pogłębić. W studiu EGo FILM trwają właśnie prace nad projektem serialu na podstawie innej książki Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel Maleńkie królestwo królewny Aurelki, gdzie również odpowiadam za scenografię i projekty postaci. Nie wiadomo czy otrzymamy dotację na produkcję całości, więc proszę trzymać kciuki, bo zapowiada się bardzo ciekawie i byłoby fajnie, gdyby projekt ujrzał światło dzienne.    

Ilustracje wywołują emocje, zachęcają do refleksji, często zachwycają ich odbiorców. W Pani pracach widać też dużo humoru i także dzięki niemu wywołują uśmiech na twarzach czytelników. Czy tworzenie zabawnych projektów postaci jest trudne?

Ani trochę, bo jeśli spojrzeć w odpowiedni sposób to wszyscy jesteśmy bardzo zabawnymi postaciami.

 

Rozmowę przeprowadził pracownik Biblioteki Oliwskiej Mateusz Pudlis.

Data wydarzenia: 
25.05.2020
Udostępnij: